czwartek, 28 maja 2009

Co zrobić z doktoratem?

... czyli trochę psychologii punktu wyjścia


Post factum

Po obronie tzw. rozprawy doktorskiej, a jeszcze bardziej po hucznej, odbytej ze sporą pompa promocji, emocje i nadzieje zaczęły z wolna opadać. Az w końcu osiągnęły dno.
Po upewnienie się, że przestrogi promotora głoszące, iż na uczelni nie ma ani pół miejsca pracy, rzeczywiście miały mocna podstawę, po rozesłaniu góry cv na stanowisko zwykłej szkolnej polonistki, nie pozostało mi nic innego jak tylko pogodzić się z faktem, że kolejny papier, nawet jeśli oprawiony w wielką tubę ze złotym herbem czcigodnej Alma Mater, w niczym i właściwie nie jet w stanie pomóc...

W rurze

...że oficjalna droga, jaką przez całe życie sobie wyobrażałam, tak naprawdę jest nieistniejącą mrzonką - jest tylko ograniczającą człowieka rurą, w którą się wpada wraz z przekroczeniem progu swojego pierwszego przedszkola, a później tylko podąża się przed siebie, nie widząc nic wokół, przemieszczając się po wytyczonej przez rurę linii prostej od jednego do drugiego standardowego przystanku: pasowanie na ucznia, przeskok z podstawówki do gimnazjum, z gimnazjum do liceum, matura, egzamin na studia, magisterka...
Kiedy się okazało, że sprowokowane końcem studiów nieuchronne wyjście z rury na drugim jej końcu było dla mnie mocno rozczarowujące (też trafiłam wtedy na okres tzw. spowolnienia gospodarczego), zgodnie z podszeptem instynktu samozachowawczego postanowiłam na siłę rurę przedłużyć, zdając na kolejne studia - tym razem doktoranckie. Ale kiedy i te się po paru latach skończyły, nie znalazłam już kolejnego sposobu na powtórny powrót do rury.
Wyrzucona z niej ostatecznie, znalazłam się nagle w szeroki, otwartym polu. Bez rurociągów, bez dróg. Decyzja, dokąd i w która stronę pójść należała wyłącznie do mnie. Poczułam się tym faktem śmiertelnie przytłoczona. W pierwszym momencie wręcz ogarnęła mnie agorafobia.
Dotarło do mnie wreszcie, że do cna wyczerpałam już formułę "grzecznej dziewczynki", podążającej zawsze oficjalnie wytyczonym, wszystkim dobrze znanym gościńcem. A innej formuły nie miałam w zanadrzu. Mogłam tylko z daleka, z zazdrosnym podziwem przyglądać się ludziom, którzy jakoś poruszali się po tej pustej otwartej przestrzeni bez wytycznych. Działali i osiągali to, co mieli, w zupełnie niezrozumiały mi sposób, poruszając się po szlakach, których istnienia nawet nie dopuszczała moja mapa rzeczywistości.

Nowy kurs

W zasadzie mogłam po tym doktoracie załamać się i zgorzknieć. Mogłam to, w co włożyłam cała swoją dotychczasową energię i serce, uznać za swoją największa życiową porażkę.
Ale jakoś znalazłam siłę, żeby tego nie zrobić. Może znowu zadziałał instynkt samozachowawczy?
Dokonałam szybkiego bilansu zysków i strat i od nowa zakasałam rękawy. Z pewnym zażenowaniem ostawiłam swoją tubę z czcigodnym dokumentem w kąt, nieco się jej wstydząc, i na nią zrzucając winę za to, że odstraszam wszelkich rekruterów (zresztą potwierdziła mi to nawet pewna doradca zawodowa, z którą rozmawiałam w ramach poszukiwania etatu). Wyjęłam sobie tylko z tej tuby drukowany egzeplarz dyplomu i zaniosłam go na prywatna - o zgrozo! - uczelnię, prosząc o przyjęcie na podyplomowe studia zawodowe, kierunek: zarządzanie zasobami ludzkimi.
I tu zaczęła się nowa era.

***

Kapitanie!

Po wielu miesiącach - kiedy żeglowałam już po nieznanej mi dotąd głębi, wedle zupełnie nowego kursu, po morzu bez dróg i ścieżek, gdzie każdy przebyty szlak natychmiast zamykał sie za mna i znikał w toni zalany morską falą, a istotna była tylko ta trasa, która rozciągała się przede mną, po sam horyzont - dostałam pewną cenna informację, chyba od własnej duchowości (?).
Kończyłam akurat lekturę książki M. Bennewicza Coaching. Restauracja osobowości. W jej finale znajduje się dziwna opowieść o sterniku żeglującym swoją barką po morzach i przewożacym z portu do portu ładunek. Sterniku - więźniu swojej drogi i statku, jak w średniowiecznych groteskowych legendach o Narrenschiff. Sternik była kobieta. Jej życie-żeglowanie było samotne, ciężkie, pełne udręk, monotonnych, sprzykrzonych obowiązków. Znienawidzone. Pewnego razu sternik dostała na pokład wyjatkowo uciażliwy ładunek - stado świń. A że nie miała innego wyjścia, przyjęła go z musu z ogromnym niezadowoleniem. Świnie zadomowiły się barce i po pewnym czasie okazało się, że wieczorami... śpiewają. Dają przepiękne chórlne koncerty - śpiewają kojącą, pełną niewypowiedzianej harmonii muzyke sfer. Sternik na poczatku zareagowała na to odkrycie irytacją, ale z czasem z coraz większa lubościa zaczęła przysłuchiwać się tym przedziwnym wieczornym koncertom. Z czasem przywiązała sie do świnek, a one - do niej. Wiele razem przeszli. A kiedy rejs dobiegł końca, a uciekające przed rzezią świnki, wysadzone na kompletnie nieznanym ladzie, schodziły z pokładu, ostatnia z nich rzekła do sternika:
- To już wszyscy. Możesz zejść z pokładu. Kapitanie!
Kobieta zaniemówiła ze zdumienia.
- Kapitanie? - wydusiła po chwili - przecież jestem tylko sternikiem...
Na co świnka odrzekła:
- Zawsze się dziwilismy, dlaczego sama siebie nazywasz sternikiem, skoro jestes Kapitanem, a na swój wspaniały okręt mówisz "barka"...

***

Tego dnia do skrzynki wpadł mi absolutnie zaskakujący mail zaczynający się od słów: "Szanowna Pani Doktor..." To magistrant mojego promotora - prosił mnie o opinię i wskazówkę.

wtorek, 26 maja 2009

Na spalonym


Po szczęśliwym a definitywnym zakończeniu formalnej edukacji, która - przyznam - w pewnym momencie osiągnęła etap lekkiego przerostu formy nad treścią, po jakichś ośmiu latach pracy freelancerskiej w branży wydawniczej, po urodzeniu i względnym odchowaniu dwójki dzieci postanowiłam się ustabilizować zawodowo i osiąść na etacie.
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy się okazało, że nikt nie odpowiada na moje starannie przygotowywane i hurtowo rozsyłane aplikacje...
Może zawinił fakt, że trafiłam na okres tzw. spowolnienia gospodarczego? A może coś całkiem innego?
Wkrótce miałam się o tym bardziej szczegółowo przekonać.

CV humanistki

- 30 lat na karku;
- ukończone studia - polonistyka;
- stopień naukowy - doktor nauk humanistycznych;
- dotychczasowe doświadczenie zawodowe - korektor, redaktor, tłumacz, autor - freelancer, nauczyciel akademicki, raz w życiu na niezbyt ambitnym etacie w wydawnictwie; współpraca z całą masą firm o ogólnopolskich markach;
- angielski - biegle, hiszpański - dobrze (kwestia przypomnienia i stałego używania, a też byłby biegły), francuski, rosyjski - podstawowe. A do tego - egzotycznie - łacina (b. dobrze) i greka klasyczna (podstawowo).

Czyli dla standardowego rekrutera standardowej działającej na wolnym rynku organizacji - od A do Z jeden wielki niewypał, wedle wszelkich zasad, jakich uczą na zajęciach z prowadzenia rekrutacji.
Rekrutacja jest zwykle ustawiona tak, żeby jak najbardziej zminimalizować ryzyko zatrudnienia kogoś, kto w jakikolwiek sposób mógłby zaszkodzić organizacji. A wszelkie luki w cv, wszelkie odchylania od standardu to potencjalne zagrożenie.
W standardowej rekrutacji, a nawet w AC sito ustawia się tak, że większe jest prawdopodobieństwo odrzucenia geniusza niż przyjęcia kogoś, kto czymkolwiek mógłby zaszkodzić.
Nie znaczy to, że jestem geniuszem. Ale jednocześnie mam przekonanie, że żadnej destrukcji w firmie też bym nie posiała.


List motywacyjny humanistki

Cóż zatem ponad moje marne cv mogłam mieć do zaoferowania potencjalnemu pracodawcy?
Obawiam się, że wszelkie moje deklaracje o tym, że jestem bardzo wysoko zmotywowana, ba! nawet zdesperowana! dość rozgarnięta intelektualnie i organizacyjnie, że bardzo szybko i efektywnie się uczę, że rzetelnie i porządnie wykonuję swoją robotę, standardowy rekruter traktował jak kupkę zwykłych banałów ściągniętych z netu i posklejanych w jedną całość zwaną listem motywacyjnym.
Nieskuteczne okazały się próby przekonywania, że naprawdę sobie poradzę, bo robiłam już nie takie rzeczy: bez żadnej pomocy z zewnątrz obroniłam doktorat z noworodkiem przy piersi i z rozkrzyczanym, zbuntowanym dwulatkiem u nogawki, pracowałam po nocach, kiedy było trzeba, nigdy nie zawaliłam żadnego terminu, umiałam całkiem sprawnie koordynować projekty itp.
Wreszcie postanowiłam zaoferować wirtualnemu wciąż pracodawcy podniesienie kwalifikacji i jakiś bardziej konkretny zawód: zaczęłam studia podyplomowe na kierunku Zarządzanie Zasobami Ludzkimi. Niestety, również to na nikim nie zrobiło najmniejszego wrażenia.

Rozmowa kwalifikacyjna humanistki

Pewnego razu udało mi się jednak dostać na rozmowę kwalifikacyjną - do biura tłumaczeń, na stanowisko asystenta kierownika projektów.
Wszelkie ćwiczenia rekrutacyjne wykonałam, nie były dla mnie żadną nowością, bo w trakcie zgłębiania tajników HR z większością z nich zdążyłam się zetknąć. Wywiad strukturyzowany też niczym mnie nie zaskoczył - był przeprowadzony jak z podręcznika, niemal przewidywałam każde kolejne pytanie.
Niestety, schody pojawiły się przy rozmowie o moich zainteresowaniach. Odezwała się we mnie humanistka i chyba... powiedziała za dużo, nie w tym kierunku, co trzeba... Tak naprawdę nie wiem i nigdy się tego nie dowiem. Faktem jest tylko, że właściciel firmy prowadzący ze mną rozmowę sam mnie coraz szczegółowiej wypytywał o to, co się kryje pod hasłem "turystyka miejska", które w pisałam w rubryczkę z moim hobby, i sam coraz bardziej się zdumiewał w miarę, jak zaspokajałam jego ciekawość. W końcu niepewnym głosem podsumował: "Hmmmm, cały kosmos zainteresowań..." Chyba mi nie uwierzył, że nie wiążą się z tym żadne tzw. "resentymenty", jak to określił, pijąc do mojego pierwszego wykształcenia.
Od razu przypomniała mi się moja rozmowa kwalifikacyjna sprzed lat z dyrektorem pewnego liceum. Podobnie wykorkował przy moich zainteresowaniach muzyką dawną, które wcześniej sam drążył.
Na rozmowie w biurze tłumaczeń był jeszcze jeden zgrzyt: pan zapytał, jaki feedback zwykle otrzymuję. Odparłam, że... zwykle nie otrzymuję feedbacku. Co pan skwitował z przekąsem: "Hmmmm, nawet rzeźby Michała Anioła nie są doskonałe". I tu się - przyznam - pogubiłam, bo nie powiedział mu tego, co chciałam powiedzieć: że nie otrzymuję feedbacku nie dlatego, że jestem doskonała i nieskazitelna, tylko dlatego, że feedback w naszych warunkach kulturowych jest zjawiskiem niewyuczonym i rzadko spotykanym. Zwykle po prostu nikt nic nie mówi na temat swojego poziomu zadowolenia z pracy innych. Zwykle nikt mnie ani nie gani, ani chwali. Taka konformistyczna komunikacyjna dziura.
Koniec końców - pracy nie dostałam.

Trzeba było wymyślić COŚ INNEGO.
Bo jednak - abstrahując od wszelkich tych kutych na potrzeby rekrutacji standardów - czułam niewyczerpaną moc i energię do roboty. Tzw. motywację wewnętrzną. Czułam, że mam taki potencjał, który komuś/czemuś mógłby się nieźle przysłużyć, gdyby tylko ktoś chciał go wykorzystać. Po co to marnować przy samych zupkach i desce do prasowania?