Post factum
Po obronie tzw. rozprawy doktorskiej, a jeszcze bardziej po hucznej, odbytej ze sporą pompa promocji, emocje i nadzieje zaczęły z wolna opadać. Az w końcu osiągnęły dno.
Po upewnienie się, że przestrogi promotora głoszące, iż na uczelni nie ma ani pół miejsca pracy, rzeczywiście miały mocna podstawę, po rozesłaniu góry cv na stanowisko zwykłej szkolnej polonistki, nie pozostało mi nic innego jak tylko pogodzić się z faktem, że kolejny papier, nawet jeśli oprawiony w wielką tubę ze złotym herbem czcigodnej Alma Mater, w niczym i właściwie nie jet w stanie pomóc...
W rurze
...że oficjalna droga, jaką przez całe życie sobie wyobrażałam, tak naprawdę jest nieistniejącą mrzonką - jest tylko ograniczającą człowieka rurą, w którą się wpada wraz z przekroczeniem progu swojego pierwszego przedszkola, a później tylko podąża się przed siebie, nie widząc nic wokół, przemieszczając się po wytyczonej przez rurę linii prostej od jednego do drugiego standardowego przystanku: pasowanie na ucznia, przeskok z podstawówki do gimnazjum, z gimnazjum do liceum, matura, egzamin na studia, magisterka...
Kiedy się okazało, że sprowokowane końcem studiów nieuchronne wyjście z rury na drugim jej końcu było dla mnie mocno rozczarowujące (też trafiłam wtedy na okres tzw. spowolnienia gospodarczego), zgodnie z podszeptem instynktu samozachowawczego postanowiłam na siłę rurę przedłużyć, zdając na kolejne studia - tym razem doktoranckie. Ale kiedy i te się po paru latach skończyły, nie znalazłam już kolejnego sposobu na powtórny powrót do rury.
Wyrzucona z niej ostatecznie, znalazłam się nagle w szeroki, otwartym polu. Bez rurociągów, bez dróg. Decyzja, dokąd i w która stronę pójść należała wyłącznie do mnie. Poczułam się tym faktem śmiertelnie przytłoczona. W pierwszym momencie wręcz ogarnęła mnie agorafobia.
Dotarło do mnie wreszcie, że do cna wyczerpałam już formułę "grzecznej dziewczynki", podążającej zawsze oficjalnie wytyczonym, wszystkim dobrze znanym gościńcem. A innej formuły nie miałam w zanadrzu. Mogłam tylko z daleka, z zazdrosnym podziwem przyglądać się ludziom, którzy jakoś poruszali się po tej pustej otwartej przestrzeni bez wytycznych. Działali i osiągali to, co mieli, w zupełnie niezrozumiały mi sposób, poruszając się po szlakach, których istnienia nawet nie dopuszczała moja mapa rzeczywistości.
Nowy kurs
W zasadzie mogłam po tym doktoracie załamać się i zgorzknieć. Mogłam to, w co włożyłam cała swoją dotychczasową energię i serce, uznać za swoją największa życiową porażkę.
Ale jakoś znalazłam siłę, żeby tego nie zrobić. Może znowu zadziałał instynkt samozachowawczy?
Dokonałam szybkiego bilansu zysków i strat i od nowa zakasałam rękawy. Z pewnym zażenowaniem ostawiłam swoją tubę z czcigodnym dokumentem w kąt, nieco się jej wstydząc, i na nią zrzucając winę za to, że odstraszam wszelkich rekruterów (zresztą potwierdziła mi to nawet pewna doradca zawodowa, z którą rozmawiałam w ramach poszukiwania etatu). Wyjęłam sobie tylko z tej tuby drukowany egzeplarz dyplomu i zaniosłam go na prywatna - o zgrozo! - uczelnię, prosząc o przyjęcie na podyplomowe studia zawodowe, kierunek: zarządzanie zasobami ludzkimi.
I tu zaczęła się nowa era.
***
Kapitanie!
Po wielu miesiącach - kiedy żeglowałam już po nieznanej mi dotąd głębi, wedle zupełnie nowego kursu, po morzu bez dróg i ścieżek, gdzie każdy przebyty szlak natychmiast zamykał sie za mna i znikał w toni zalany morską falą, a istotna była tylko ta trasa, która rozciągała się przede mną, po sam horyzont - dostałam pewną cenna informację, chyba od własnej duchowości (?).
Kończyłam akurat lekturę książki M. Bennewicza Coaching. Restauracja osobowości. W jej finale znajduje się dziwna opowieść o sterniku żeglującym swoją barką po morzach i przewożacym z portu do portu ładunek. Sterniku - więźniu swojej drogi i statku, jak w średniowiecznych groteskowych legendach o Narrenschiff. Sternik była kobieta. Jej życie-żeglowanie było samotne, ciężkie, pełne udręk, monotonnych, sprzykrzonych obowiązków. Znienawidzone. Pewnego razu sternik dostała na pokład wyjatkowo uciażliwy ładunek - stado świń. A że nie miała innego wyjścia, przyjęła go z musu z ogromnym niezadowoleniem. Świnie zadomowiły się barce i po pewnym czasie okazało się, że wieczorami... śpiewają. Dają przepiękne chórlne koncerty - śpiewają kojącą, pełną niewypowiedzianej harmonii muzyke sfer. Sternik na poczatku zareagowała na to odkrycie irytacją, ale z czasem z coraz większa lubościa zaczęła przysłuchiwać się tym przedziwnym wieczornym koncertom. Z czasem przywiązała sie do świnek, a one - do niej. Wiele razem przeszli. A kiedy rejs dobiegł końca, a uciekające przed rzezią świnki, wysadzone na kompletnie nieznanym ladzie, schodziły z pokładu, ostatnia z nich rzekła do sternika:
- To już wszyscy. Możesz zejść z pokładu. Kapitanie!
Kobieta zaniemówiła ze zdumienia.
- Kapitanie? - wydusiła po chwili - przecież jestem tylko sternikiem...
Na co świnka odrzekła:
- Zawsze się dziwilismy, dlaczego sama siebie nazywasz sternikiem, skoro jestes Kapitanem, a na swój wspaniały okręt mówisz "barka"...
***
Tego dnia do skrzynki wpadł mi absolutnie zaskakujący mail zaczynający się od słów: "Szanowna Pani Doktor..." To magistrant mojego promotora - prosił mnie o opinię i wskazówkę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz