wtorek, 26 maja 2009
Na spalonym
Po szczęśliwym a definitywnym zakończeniu formalnej edukacji, która - przyznam - w pewnym momencie osiągnęła etap lekkiego przerostu formy nad treścią, po jakichś ośmiu latach pracy freelancerskiej w branży wydawniczej, po urodzeniu i względnym odchowaniu dwójki dzieci postanowiłam się ustabilizować zawodowo i osiąść na etacie.
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy się okazało, że nikt nie odpowiada na moje starannie przygotowywane i hurtowo rozsyłane aplikacje...
Może zawinił fakt, że trafiłam na okres tzw. spowolnienia gospodarczego? A może coś całkiem innego?
Wkrótce miałam się o tym bardziej szczegółowo przekonać.
CV humanistki
- 30 lat na karku;
- ukończone studia - polonistyka;
- stopień naukowy - doktor nauk humanistycznych;
- dotychczasowe doświadczenie zawodowe - korektor, redaktor, tłumacz, autor - freelancer, nauczyciel akademicki, raz w życiu na niezbyt ambitnym etacie w wydawnictwie; współpraca z całą masą firm o ogólnopolskich markach;
- angielski - biegle, hiszpański - dobrze (kwestia przypomnienia i stałego używania, a też byłby biegły), francuski, rosyjski - podstawowe. A do tego - egzotycznie - łacina (b. dobrze) i greka klasyczna (podstawowo).
Czyli dla standardowego rekrutera standardowej działającej na wolnym rynku organizacji - od A do Z jeden wielki niewypał, wedle wszelkich zasad, jakich uczą na zajęciach z prowadzenia rekrutacji.
Rekrutacja jest zwykle ustawiona tak, żeby jak najbardziej zminimalizować ryzyko zatrudnienia kogoś, kto w jakikolwiek sposób mógłby zaszkodzić organizacji. A wszelkie luki w cv, wszelkie odchylania od standardu to potencjalne zagrożenie.
W standardowej rekrutacji, a nawet w AC sito ustawia się tak, że większe jest prawdopodobieństwo odrzucenia geniusza niż przyjęcia kogoś, kto czymkolwiek mógłby zaszkodzić.
Nie znaczy to, że jestem geniuszem. Ale jednocześnie mam przekonanie, że żadnej destrukcji w firmie też bym nie posiała.
List motywacyjny humanistki
Cóż zatem ponad moje marne cv mogłam mieć do zaoferowania potencjalnemu pracodawcy?
Obawiam się, że wszelkie moje deklaracje o tym, że jestem bardzo wysoko zmotywowana, ba! nawet zdesperowana! dość rozgarnięta intelektualnie i organizacyjnie, że bardzo szybko i efektywnie się uczę, że rzetelnie i porządnie wykonuję swoją robotę, standardowy rekruter traktował jak kupkę zwykłych banałów ściągniętych z netu i posklejanych w jedną całość zwaną listem motywacyjnym.
Nieskuteczne okazały się próby przekonywania, że naprawdę sobie poradzę, bo robiłam już nie takie rzeczy: bez żadnej pomocy z zewnątrz obroniłam doktorat z noworodkiem przy piersi i z rozkrzyczanym, zbuntowanym dwulatkiem u nogawki, pracowałam po nocach, kiedy było trzeba, nigdy nie zawaliłam żadnego terminu, umiałam całkiem sprawnie koordynować projekty itp.
Wreszcie postanowiłam zaoferować wirtualnemu wciąż pracodawcy podniesienie kwalifikacji i jakiś bardziej konkretny zawód: zaczęłam studia podyplomowe na kierunku Zarządzanie Zasobami Ludzkimi. Niestety, również to na nikim nie zrobiło najmniejszego wrażenia.
Rozmowa kwalifikacyjna humanistki
Pewnego razu udało mi się jednak dostać na rozmowę kwalifikacyjną - do biura tłumaczeń, na stanowisko asystenta kierownika projektów.
Wszelkie ćwiczenia rekrutacyjne wykonałam, nie były dla mnie żadną nowością, bo w trakcie zgłębiania tajników HR z większością z nich zdążyłam się zetknąć. Wywiad strukturyzowany też niczym mnie nie zaskoczył - był przeprowadzony jak z podręcznika, niemal przewidywałam każde kolejne pytanie.
Niestety, schody pojawiły się przy rozmowie o moich zainteresowaniach. Odezwała się we mnie humanistka i chyba... powiedziała za dużo, nie w tym kierunku, co trzeba... Tak naprawdę nie wiem i nigdy się tego nie dowiem. Faktem jest tylko, że właściciel firmy prowadzący ze mną rozmowę sam mnie coraz szczegółowiej wypytywał o to, co się kryje pod hasłem "turystyka miejska", które w pisałam w rubryczkę z moim hobby, i sam coraz bardziej się zdumiewał w miarę, jak zaspokajałam jego ciekawość. W końcu niepewnym głosem podsumował: "Hmmmm, cały kosmos zainteresowań..." Chyba mi nie uwierzył, że nie wiążą się z tym żadne tzw. "resentymenty", jak to określił, pijąc do mojego pierwszego wykształcenia.
Od razu przypomniała mi się moja rozmowa kwalifikacyjna sprzed lat z dyrektorem pewnego liceum. Podobnie wykorkował przy moich zainteresowaniach muzyką dawną, które wcześniej sam drążył.
Na rozmowie w biurze tłumaczeń był jeszcze jeden zgrzyt: pan zapytał, jaki feedback zwykle otrzymuję. Odparłam, że... zwykle nie otrzymuję feedbacku. Co pan skwitował z przekąsem: "Hmmmm, nawet rzeźby Michała Anioła nie są doskonałe". I tu się - przyznam - pogubiłam, bo nie powiedział mu tego, co chciałam powiedzieć: że nie otrzymuję feedbacku nie dlatego, że jestem doskonała i nieskazitelna, tylko dlatego, że feedback w naszych warunkach kulturowych jest zjawiskiem niewyuczonym i rzadko spotykanym. Zwykle po prostu nikt nic nie mówi na temat swojego poziomu zadowolenia z pracy innych. Zwykle nikt mnie ani nie gani, ani chwali. Taka konformistyczna komunikacyjna dziura.
Koniec końców - pracy nie dostałam.
Trzeba było wymyślić COŚ INNEGO.
Bo jednak - abstrahując od wszelkich tych kutych na potrzeby rekrutacji standardów - czułam niewyczerpaną moc i energię do roboty. Tzw. motywację wewnętrzną. Czułam, że mam taki potencjał, który komuś/czemuś mógłby się nieźle przysłużyć, gdyby tylko ktoś chciał go wykorzystać. Po co to marnować przy samych zupkach i desce do prasowania?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Czekam na ciąg dalszy - bardzo ciekawa autodiagnoza ;) i dobrze znane mi próby samookreślenia się w życiu i zdecydowania się co właściwie chce się robić jesli nie można robić tego czego się naprawdę pragnie.
OdpowiedzUsuńMiło mi niesamowicie gościć tu Pierwszego Gościa! :)
OdpowiedzUsuńDziękuje za odzew. Zmotywowałaś mnie do dalszego pisania.
Trzymam kciuki Twoje autodiagnozy! :)