sobota, 30 stycznia 2010
Narzędzia: słuchanie czworgiem uszu
Doszłam do wniosku, że "procedurę" słuchania "uchem rzeczowym", "uchem terapeutycznym", "uchem apelowym" i "uchem relacyjnym" mam zinternalizowana w taki sposób, jak bym chciała - tak, że posługując się nią, nie myślę o niej, nie zastanawiam się, co wcześniej, a co później, nie stosuję apriorycznie, ale po prostu - swobodnie idę za klientem, wyczulona na wszystkie sygnały z jego strony, nawet te pozacoachingowe też.
Przykład:
Pewnego razu jeden mój klient siarczyście... klął podczas sesji. Co otwarło pole do popisu dla mojego "ucha relacyjnego". Czego się dowiedziałam z tego o naszej wzajemnej relacji? Samych budujących rzeczy! - że klient dobrze, swobodnie się czuje w rozmowie ze mną, w mojej obecności, nie krępuje się, przychodzi na coaching jak "do siebie". Wysłyszałam z tego też coś "o nim": że jest mocno podekscytowany i dumny, zadowolony z siebie. I że wysyła do mnie apel: "Słuchaj i podziwiaj, co udało mi się zrobić!", i może też: "pochwal mnie, doceń mnie". Zawartość rzeczową wypowiedzi - zostawię dla siebie :).
czwartek, 28 stycznia 2010
Przed i po
Metodą prób i błędów ustaliłam sobie swoja własną procedurę "początku i końca".
Przed sesją
Zawsze starannie przygotowuję się do sesji, analizując notatki z poprzednich sesji i aktualizując sobie sedno mojej relacji z danym klientem. Żeby mi to sprawniej poszło:
- zapisuję sobie cele, jakie chcę osiągnąć podczas najbliższej sesji oraz swoje zamiary względem klienta;
- zapisuję węzłowe punkty mojego stosunku do klienta i mojej roli w jego coachingu, w najbliższej rozmowie, jaka nas czeka;
- zapisuję, jakie mam wnioski/wrażenia (pamiętając, że to TYLKO wrażenia!) odnośnie do potrzeb klienta na najbliższą sesję/najbliższy czas;
- zapisuję wszystkie najlepsze cechy klienta, jakie się dotąd ujawniły w naszej relacji - wszystko, na czym wspólnie budujemy nasz optymalny kontakt;
- zapisuję, na czym mi zależy dla klienta.
To narzędzie - mimo że bardzo prosto wygląda - potrafi się okazać niesamowicie pomocne, czasem pomaga "rozpracować", oswoić, uświadomić sobie istotę kontaktu z osobą, do której na pierwszy rzut oka nie miałam pojęcia, jak podejść, jak i w którą stronę kontynuować pracę.
***
Sesję zaczynam zwykle od zapytania klienta o jego odczucia, potrzeby, oczekiwania względem coachingu, względem aktualnego spotkania. W węzłowych momentach coachingu, kiedy mi to do czegoś konkretnego potrzebne, udzielam następnie klientowi swojego feedbacku, informując go jednocześnie - na podstawie wcześniej sporządzonych notatek - o swoim stosunku do niego, o tym, na czym mi zależy w relacji z nim, o tym, czego bym dziś chciała dla niego i co z tego będzie wynikać w toku naszej rozmowy (np. "Słuchając Cię przez kilka kolejnych spotkań i przygotowując się do dzisiejszej rozmowy, odniosłam wrażenie, że potrzebujesz szerszego spojrzenia na siebie, na swoją rolę w zespole i większej otwartości względem ludzi z twojego zespołu - żebyś więcej widział i efektywniej reagował na potrzeby chwili. Dlatego czasem będę się z tobą zgadzać, a czasem będę kwestionować twoje stanowisko - żebyś mógł wypracować sobie inne, może czasem przydatniejsze punkty widzenia, bo im więcej ich masz - tym bardziej jesteś elastyczny i skuteczny").
***
Po sesji:
- uzupełniam zrobione podczas sesji notatki o postępach/potrzebach klienta;
- po cyklu kilku sesji analizuję swoją pracę i zapisuję sobie autofeedback: co było dobre, w pełni satysfakcjonujące, a co chciałabym zmienić, poprawić. Przydaje mi się to do śledzenia własnego rozwoju oraz na superwizję.
Narzędzia: wszelkie procedury
Analizując swoją pracę tuż po serii sesji coachingowych z indywidualnymi klientami, stwierdziłam, co następuje:
- procedura (jakakolwiek!) bywa pomocna, skuteczna, nawet bardzo potrzebna, nadaje sesji strukturę, pozwala trzymać pod kontrolą realizację postawionych sobie przez sesją celów, czasem cos mi uprawomocnia, uzasadnia, utwierdza mnie w słuszności podjetego działania, ale jednocześnie...
- ...procedura potrafi mnie hamować, ograniczać; obecność procedury stawia mnie w lekko spinającej sytuacji bycia ocenianą/rozliczaną z poprawności realizacji procedury.
[Stop! autocoaching: to nie procedura mnie ogranicza, to JA się jakoś ograniczam procedurą!]
- Kiedy wychodzę poza procedurę, czuję się swobodniej, naturalniej, jestem prawdziwa, a tym samym okazuję się bardziej skuteczna: zyskuję więcej informacji, głębszy wgląd, o wiele lepszą, bardziej intymną, otwartą relację z klientem. Czuje się bardziej wsierająca dla klienta poza/obok procedury.
- Świadomie rezygnuję z procedury albo ją skaracam/modyfikuję na potrzeby chwili, w miarę rozwoju zdarzeń i dynamiki sesji.
- Im bardziej ide na zywioł, tym spontanicznej, głębiej wychodze do kienta.
- "Pójście na żywioł" daje stworzyć głębszą relację, ale też jednocześnie wyrzuca na głębsze wody - na obszary mniej bezpieczne, bo mniej przewidywalne, bez wyntylu bezpieczeństwa w postaci dystansu, który w każdej chwili umożliwiałby cofnięcie się o krok z relacji.
- Jednakże satysfakcja z tego, co osiagam dzięki "pójściu na żywioł" rekompensuje brak kół ratunkowych oraz zagłusza ewentualne wyrzuty sumienia z poowdu "metodologicznej niepoprawności".
- Dzięki wychodzeniu z procedur, jednocześnie je oswajam i adaptuję do własnych potrzeb. Nie stosuję sztampowych powiedzonek-wytrychów-kalek z coachingowego angielskiego, które tak mnie wkurzają swoją nienaturalnością i całkowitą niezrozmiałością dla ludzi spoza branży. Po prostu - słucham i rozmawiam.
- Wnioski i życzenia: chciałabym swobodniej, naturalniej posługiwać się procedurami. Czuję, że będę w pełni usatysfakcjonowana pracą z procedurą, kiedy sobie tę procedurę całkowicie zinternalizuję. Przy swoim wychodzeniu z procedur potrzebuję wsparcia mistrza-superwizora - żeby się w tym wszystkim nie pogubić.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Po co to piszę?
Było też o blogach zawodowych - konkretnie o tym, że taki blog zobowiązuje. Że nie wolno go zacząć i ni stąd ni zowąd bez uprzedzenia zostawić, bo to wyraz braku szacunku dla czytelników, ich czasu i zaangażowania.
Pod wpływem tym rozważań zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak zaklasyfikować swojego własnego niniejszego bloga, jaką ma on pełnić funkcję, po co właściwie i dla kogo go piszę.
Otóż: mój blog ma na razie formę bardzo niezobowiązującą. Nie jest (jeszcze) blogiem eksperckim. Rolę marketingową na pewno do jakiegoś stopnia gra - trudno tego uniknąć.
Ale przede wszystkim jest zbiorem zapisków z mojego bardzo osobistego, ważnego dla mnie szukania i dochodzenia do własnej zawodowej (życiowej?) misji. Jakkolwiek górnolotnie by to brzmiało - tak właśnie w rzeczywistości jest. Jest czymś w rodzaju świadectwa, że czasem da się zrobić rzeczy, o których zawsze się myślało, że się nie da, nim się nie spróbowało. Świadectwem tego, że warto próbować, nawet na wariackich papierach, a może - przede wszystkim tak. No i jeszcze jest ten blog zapiskiem mojej własnej, indywidualnej drogi, w jaką wyruszyłam w poszukiwaniu narzędzi, zaplecza, ramy do tego, co chcę robić; relacją z tego, jak "od nowa stwarzam ten sport" - według swoich standardów, swoich przekonań. Dla siebie i dla mojego Klienta - specjalnie z myślą o Nim, cały czas mając na uwadze Jego coraz mniej abstrakcyjną postać.
Zaczęłam pisać to wszystko najpierw dla siebie. Żebym sama uwierzyła i jakoś sobie usystematyzowała w głowie to, co robię. Następnie wyszło, że piszę to również dla wszystkich tych, którzy też szukają swojej misji, którzy jeszcze nie wiedza, co ze sobą zrobić, albo już wiedzą co, ale jeszcze nie wiedzą, jak. Żeby udzielić im jakiegoś rodzaju wsparcia - choćby samym pokazaniem, że się da, że są upadki i wzloty, że "inni też tak mają", że warto ryzykować, warto iść za tym, do czego pasja ciągnie i co serce podpowiada.
A z czasem może miejsce to stanie się też miejscem dla moich potencjalnych Klientów. Kiedy nabiorę już więcej doświadczeń, którymi będę się mogła z Nimi dzielić.
Narzędzia: Gestalt
Czas moich humanistycznych studiów był czasem, kiedy z wypiekami na twarzy, z rozwianym włosem i błyskiem w oku biegałam wieczorami do pękającej w szwach auli na wykłady śp. ks. prof. J. Tischnera. Kiedy słuchałam o Buberze i Levinasie, a później z zacięciem szukałam ich książek po całym Krakowie i ślęczałam nad nimi od wieczora do rana, chłonąc myśli, wartości, które natychmiast stawały się moje. Każdą swoją akademicką pracę kleciłam na bazie filozofii dialogu i Tischnerowej filozofii dramatu. Doktorat napisałam o tragedii humanistycznej m.in. po to, żeby oprzeć go na filozofii dramatu.
Relacja, spotkanie, kontakt z Innym, z Ty... - sedno wszystkiego, co ważne i warte zachodu.
Emocjonowałam się budowaną na tym aksjologią, ale cała ta moja przygoda rozgrywała się w ścianach czytelni, w ciasnym kręgu światła rzucanego na stół przez biblioteczną lampkę. W pojedynkę.
Czas jednak zatoczył krąg i oto po wielu, wielu latach, po tym, jak aktywnie zaczęłam się przekwalifikowywać i wychodzić z murów czytelni do ludzi, trafiłam na trening interpersonalny prowadzony metodą Gestalt, a więc oparty na pracy na relacji, na szczerości, na emocjach.
I na tym treningu po raz pierwszy w życiu doświadczyłam prawdziwego, żywego, pozaksiążkowego spotkania z Innym, z Mistrzem. Olśnienie i odkrycie najwyższej rangi.
Gorączkowo szukam po katoalogu on-line Jagiellonki i po allegro książek, które od nowa zapalą mi myśl i mnie na nowo zainspirują. Kliknęłam właśnie B. Barana Filozofię dialogu.
Już zawsze chcę się w ten sposób spotykać z twarzą INNEGO - prawdziwie, w szczerości, bez maski. Jedyne w swoim rodzaju, metafizyczne doświadczenie. Chcę zrobić z niego podstawę swojego działania.
Pomosty: "stwarzam ten sport od nowa"
Coachingu po raz pierwszy spróbowałam w Wyższej Szkole Europejskiej na zarządzaniu zasobami ludzkimi.
W tym samym czasie stykałam się z kolejnymi nowymi ideami: z CSR-em, z zarządzaniem partycypacyjnym Ryszarda Stockiego, obwąchiwałam niezmiennie królujące w kanonie czysto behawioralne podejście do zarządzania... ludźmi (może nie "zasobami").
Wrzucałam to wszystko po kolei do swojej nowo tworzonej zupy, oczekując, że wyjdzie mi z tego jakiś zupełnie nowy, odpowiedni dla mnie smak.
Nieskażona dotąd żadną wiedzą ani doświadczeniem z sektora "profit", po wyjściu z cieplarnianego środowiska akademickiego, w którym niewiele się wie o dżungli współcześnie toczącego się życia, świeżym okiem mogłam taksować różne kształtujące się w nim procesy, relacje, zjawiska.
Po narysowaniu swojego "demona przeszłości" w ramach jednego z ćwiczeń coachingowych ze zdumieniem zauważyłam, że szary, zwiędły demon ma w sobie pewnien pulsujący żywą barwą element - książkę w płóciennej czerwonej oprawie, zapewne jakiś druk z tekstem napisanym klasyczną greką, taki, jakie tonami znosiłam na swój stolik w czasie długich wieczornych posiedzeń w Bibliotece Jagiellońskiej. Narysowałam go całkiem bezwiednie jako jeden z nieodłącznych atrybutów własnej przeszłości. Okazało się, że jest on jedynym komponentem tego obrazu, który przyciąga wzrok. W moim demonie było jednak coś "życiowego", coś do wykorzystania, coś, co być może jeszcze kiedyś się przyda. Mimo że grecki starodruk, niepraktyczny, nikomu do niczego niepotrzebny, wiedza hermetyczna, nie do przekazania i nie do przetworzenia, pozornie nieprzekładalna na żadną praktykę, to jednak - równocześnie - to znak pasji, autentycznego zaciekawienia, tom z dumą dźwigany pod pachą i wertowany drżącymi dłońmi, symbol mojego "przepływu" (flow).
Tak, to trzeba zapamiętać i zachować. Chcę takiego przepływu doświadczać cały czas. On bedzie punktem wyjścia i on mnie będzie wspierał. Choć jeszcze nie wiedziałam wtedy, w jakiej formie.
Jestem humanistką. Mimo że wypadłam z zawodu uczelnianego naukowca, nadal wierzę w sens swoich studia humaniora. I nadal chcę wcielać w życie to, czego się tam nauczyłam.
Do dżungli współczesnego życia, do bezdusznego korporacyjnego świata, gdzie za progiem zostawia się swoje... człowieczeństwo, albo przynajmniej jego połowę, chcę wnieść od nowa wiarę w przekonanie, że homo propter quem omnia, że człowiek to osoba, całość, że nie dzieli się na korporacyjnego i późnowieczornego-osobistego, że należy mu się szacunek, i że NIE JEST ZASOBEM.
Postanowiłam zatem tak: będę czymś w rodzaju coacha/konsultanta. Ale stworzę sobie ten zawód sama, od nowa, dla siebie, wedle własnych standardów etycznych i własnych wartości. Nie będę pompować w ludzi nowej energii do podnoszenia wyników i efektywności, ale będę ich uczyć od nowa, że są ludźmi, będę im towarzyszyć w ich poszukiwaniu człowieczeństwa. I zobaczymy, kto osiągnie lepsze... wyniki :).
czwartek, 28 maja 2009
Co zrobić z doktoratem?
Post factum
Po obronie tzw. rozprawy doktorskiej, a jeszcze bardziej po hucznej, odbytej ze sporą pompa promocji, emocje i nadzieje zaczęły z wolna opadać. Az w końcu osiągnęły dno.
Po upewnienie się, że przestrogi promotora głoszące, iż na uczelni nie ma ani pół miejsca pracy, rzeczywiście miały mocna podstawę, po rozesłaniu góry cv na stanowisko zwykłej szkolnej polonistki, nie pozostało mi nic innego jak tylko pogodzić się z faktem, że kolejny papier, nawet jeśli oprawiony w wielką tubę ze złotym herbem czcigodnej Alma Mater, w niczym i właściwie nie jet w stanie pomóc...
W rurze
...że oficjalna droga, jaką przez całe życie sobie wyobrażałam, tak naprawdę jest nieistniejącą mrzonką - jest tylko ograniczającą człowieka rurą, w którą się wpada wraz z przekroczeniem progu swojego pierwszego przedszkola, a później tylko podąża się przed siebie, nie widząc nic wokół, przemieszczając się po wytyczonej przez rurę linii prostej od jednego do drugiego standardowego przystanku: pasowanie na ucznia, przeskok z podstawówki do gimnazjum, z gimnazjum do liceum, matura, egzamin na studia, magisterka...
Kiedy się okazało, że sprowokowane końcem studiów nieuchronne wyjście z rury na drugim jej końcu było dla mnie mocno rozczarowujące (też trafiłam wtedy na okres tzw. spowolnienia gospodarczego), zgodnie z podszeptem instynktu samozachowawczego postanowiłam na siłę rurę przedłużyć, zdając na kolejne studia - tym razem doktoranckie. Ale kiedy i te się po paru latach skończyły, nie znalazłam już kolejnego sposobu na powtórny powrót do rury.
Wyrzucona z niej ostatecznie, znalazłam się nagle w szeroki, otwartym polu. Bez rurociągów, bez dróg. Decyzja, dokąd i w która stronę pójść należała wyłącznie do mnie. Poczułam się tym faktem śmiertelnie przytłoczona. W pierwszym momencie wręcz ogarnęła mnie agorafobia.
Dotarło do mnie wreszcie, że do cna wyczerpałam już formułę "grzecznej dziewczynki", podążającej zawsze oficjalnie wytyczonym, wszystkim dobrze znanym gościńcem. A innej formuły nie miałam w zanadrzu. Mogłam tylko z daleka, z zazdrosnym podziwem przyglądać się ludziom, którzy jakoś poruszali się po tej pustej otwartej przestrzeni bez wytycznych. Działali i osiągali to, co mieli, w zupełnie niezrozumiały mi sposób, poruszając się po szlakach, których istnienia nawet nie dopuszczała moja mapa rzeczywistości.
Nowy kurs
W zasadzie mogłam po tym doktoracie załamać się i zgorzknieć. Mogłam to, w co włożyłam cała swoją dotychczasową energię i serce, uznać za swoją największa życiową porażkę.
Ale jakoś znalazłam siłę, żeby tego nie zrobić. Może znowu zadziałał instynkt samozachowawczy?
Dokonałam szybkiego bilansu zysków i strat i od nowa zakasałam rękawy. Z pewnym zażenowaniem ostawiłam swoją tubę z czcigodnym dokumentem w kąt, nieco się jej wstydząc, i na nią zrzucając winę za to, że odstraszam wszelkich rekruterów (zresztą potwierdziła mi to nawet pewna doradca zawodowa, z którą rozmawiałam w ramach poszukiwania etatu). Wyjęłam sobie tylko z tej tuby drukowany egzeplarz dyplomu i zaniosłam go na prywatna - o zgrozo! - uczelnię, prosząc o przyjęcie na podyplomowe studia zawodowe, kierunek: zarządzanie zasobami ludzkimi.
I tu zaczęła się nowa era.
Kapitanie!
Po wielu miesiącach - kiedy żeglowałam już po nieznanej mi dotąd głębi, wedle zupełnie nowego kursu, po morzu bez dróg i ścieżek, gdzie każdy przebyty szlak natychmiast zamykał sie za mna i znikał w toni zalany morską falą, a istotna była tylko ta trasa, która rozciągała się przede mną, po sam horyzont - dostałam pewną cenna informację, chyba od własnej duchowości (?).
Kończyłam akurat lekturę książki M. Bennewicza Coaching. Restauracja osobowości. W jej finale znajduje się dziwna opowieść o sterniku żeglującym swoją barką po morzach i przewożacym z portu do portu ładunek. Sterniku - więźniu swojej drogi i statku, jak w średniowiecznych groteskowych legendach o Narrenschiff. Sternik była kobieta. Jej życie-żeglowanie było samotne, ciężkie, pełne udręk, monotonnych, sprzykrzonych obowiązków. Znienawidzone. Pewnego razu sternik dostała na pokład wyjatkowo uciażliwy ładunek - stado świń. A że nie miała innego wyjścia, przyjęła go z musu z ogromnym niezadowoleniem. Świnie zadomowiły się barce i po pewnym czasie okazało się, że wieczorami... śpiewają. Dają przepiękne chórlne koncerty - śpiewają kojącą, pełną niewypowiedzianej harmonii muzyke sfer. Sternik na poczatku zareagowała na to odkrycie irytacją, ale z czasem z coraz większa lubościa zaczęła przysłuchiwać się tym przedziwnym wieczornym koncertom. Z czasem przywiązała sie do świnek, a one - do niej. Wiele razem przeszli. A kiedy rejs dobiegł końca, a uciekające przed rzezią świnki, wysadzone na kompletnie nieznanym ladzie, schodziły z pokładu, ostatnia z nich rzekła do sternika:
- To już wszyscy. Możesz zejść z pokładu. Kapitanie!
Kobieta zaniemówiła ze zdumienia.
- Kapitanie? - wydusiła po chwili - przecież jestem tylko sternikiem...
Na co świnka odrzekła:
- Zawsze się dziwilismy, dlaczego sama siebie nazywasz sternikiem, skoro jestes Kapitanem, a na swój wspaniały okręt mówisz "barka"...
***
Tego dnia do skrzynki wpadł mi absolutnie zaskakujący mail zaczynający się od słów: "Szanowna Pani Doktor..." To magistrant mojego promotora - prosił mnie o opinię i wskazówkę.
